„A tu będziemy?” – zapytał Darek pokazując gazetkę w samolocie. Oczywiście, że tak. Paradise Valley był w planach od początku. Niestety z obiecanego raju niewiele zobaczyliśmy. Upał, susza, patelnia i tabor – tak mogę w krócie podsumować Paradise Valley…
Na ostatnie dwa dni wypożyczyliśmy auto. Po wczesnym obiedzie skoczylismy do Paradise Valley a drugiego dnia do agadirskiej sztucznej medyny. W internecie ludzie skakali z czerwonych skał do turkusowej wody. W rzeczywistości resztki wysychającego strumienia zostały odgrodzone workami z piachem. W wyniku tego wszyscy kąpali się w „stawie” w którym jedni pływali, inni robili mini rzeczne bary. Klimat może był fajny ale daleki od tych obrazków bajecznego Valley…
Jechaliśmy w stronę Immouzzer. Nie wiedzieliśmy do końca czy dojedziemy aż do Immouzzer czy do Paradise. Jechaliśmy też na czuja. Widoki były boskie już po drodze ale wody jak na lekarstwo – większość efektów robiły ściany form czerwonych skał. W połączeniu z resztkami zielonych palm i miejscowymi bajorkami





